OGŁOSZENIA

Blog, jak już pewnie większość z Was zdążyła się domyślić, zostaje zawieszony na czas nieokreślony. Zbliża się moja matura, mam mało czasu, ale również brak mi chęci i natchnienia. Na pewno zacznę pisać, jak tylko te wszystkie trzy blokady przestaną mną rządzić. Wszystkie... nom, wszystkie.

4 marca 2017

Bleeding Ghost

Celny cios z prawego sierpowego posłał obolałe ciało o kilka chwiejnych kroków w tył. Uderzył z impetem plecami o ścianę budynku. Powietrze, o które tak ciężko walczył w przeciągu ostatnich dwudziestu minut, zniknęło bezpowrotnie, wyparte nagłym okrzykiem bólu. To nic, to tylko cegły. A jednak stare siniaki i nachodzące na siebie krwiaki powyżej nerek zawyły w proteście, a wraz z nimi on. Namolne ręce złapały go za poły brudnej od wilgotnej ziemi kurtki, ponownie postawiły do pionu, po to by tylko zaraz pochylić go do przodu. Nie zdążył. Nawet nie przeszło mu przez myśl zasłonić się rękami, gdy kolano przecięło powietrze i zetknęło się z jego brzuchem.

Już ich nie rozróżniał. Tych rąk, tych kolan, tych pięści. Wszystkie były takie same, tak samo umięśnione, tak samo silne, zawsze splamione jego krwią. Krwią Franka Iero, ucznia ostatniej klasy liceum i największego wyrzutka w historii Nework.

Upadł na ziemię. Starał się wstać. Z ust ciekła mu krew, kręciło mu się w głowie, a obraz wahał się między rozmazanymi fragmentami otoczenia a zachodzącymi na niego czarnymi plamami. Uliczka, do której tym razem zaciągnęli Franka była szeroka, krótka, opuszczona i tylko z jednym wyjściem. Policzek oparł o ziemię, w skórę wbijały mu się małe kamyczki. Nabierał szybkie, lecz płytkie oddechy, prawie nie pobierając tlenu.

Dotąd nie było jeszcze tak źle. Zwykle napadali go, gdy przegrywali lub wygrywali mecz koszykówki, dostrzegli go na korytarzu w szkole, bądź w drodze do domu. Nigdy jeszcze jednak, gdy wymknął się w nocy do kiosku po paczkę papierosów, przechodząc obok baru, w którym im przypadło przebywać.

Usłyszał dźwięk pocieranego krzesiwa, po czym ktoś przed nim kucnął i wydmuchał mu w twarz nadmiar dymu papierosowego.

    – Jest nas sześciu, prawda? – zapytał retorycznie niski, chrypiący głos. Richard. – Zrobimy tak...

Poczuł nagle zbliżające się niepokojąco ciepło do zewnętrznej strony jego prawej dłoni. Małe, skoncentrowane w jednym punkcie. Nie był pewien swojego przeczucia, dopóki popiół nie spadł skórę. Spróbował instynktownie odsunąć rękę, ale niemal od razu jego nadgarstek znalazł się w niedźwiedzim uścisku.

    – Słyszałem, że podobno bardzo lubisz tatuaże. Pomyślałem, więc, że nie obrazisz się, jeśli trochę upiększę ci rączkę. Cioto.

Cieplej. Coraz cieplej.

    – Ale wzór wybieram ja.

Rozżarzony koniec papierosa zetknął się ze skórą Franka. Krzyknął.

    Pierwszy.

    Drugi.

    Trzeci.

Ból palonego żywcem naskórka był wprost nie do opisania. Temperatura przedzierała się przez skórę aż do mięsa, gdzie nerwy wysyłające impulsy między zbitkiem mięśni, żył i nikłej ilości tłuszczu, informowały dokładnie mózg bruneta o stopniu uszkodzeń.

    Czwarty.

    Piąty.
     
    Szósty.

Dłoń puściła nadgarstek Franka, który w tej samej chwili zaciągnął się tlenem, dotąd omijającym szerokim łukiem przez jego płuca. Swąd spalonej skóry podrażnił nieprzyjemnie nos. Nie ruszał ręką, która wspomagana siłą grawitacji upadła z łoskotem na ziemię. Bał się, co może zobaczyć.

    – I jak, cioto? Podoba się? Teraz przynajmniej już będziesz wiedział, ile masz szans w rzucie kostką.

Zaczęli się śmiać. Tyle śmiechu, tak głośno. Powtarzające się sekwencyjnie decybeli wbijały mu się głęboko w bębenki uszne. Zacisnął zęby, a pchnięty chwilą wściekłości uniósł powoli, na kilka centymetrów, poranioną rękę. Schował wszystkie drżące palce do środka dłoni z wyjątkiem środkowego.

Cisza.

Ktoś poszedł do niego, po czym z całej siły stanął mu na wystawionym palcu. Gdy po głuchym zderzeniu się podeszwy częściowo z ziemią nastąpił trzask kości, Frank wrzasnął, czując rosnący, pulsacyjny ból. Świeże, wypalone rany również mruknęły coś od siebie, gdy czubek buta zawadził o nie.

    – No, trzeba się zbierać! – oświadczył Richard niepokojąco radosnym tonem. – Ciota zaraz spóźni się na pociąg!

Pociąg?

× × ×

Padał deszcz. Wszędzie było pełno wody, a kałuże pokrywały większość zagłębień w ziemi, w wąskich przejściach między grobami. Frank przeszedł przez główną bramę cmentarza i zaczął kroczyć za powoli oddalającym się tłumem płaczących ludzi. Na przodzie szli mężczyźni ubrani w czerń, którzy nieśli trumnę wspartą o ich barki. Dookoła panowała cisza. Ciemne niebo pochłaniało niemal plac w całości, wiatr zdmuchiwał płomyki świec w zniczach, a kobiety śpiewały załamującymi się co chwile głosami pieśni pogrzebowe. Frank patrzył, jak grabarz zakrywa płytami włożoną do dołu trumnę. Przyglądał się jej martwo, przez deszcz widząc zaledwie jej kontury. Uniósł głowę i rozejrzał się. Nie znał większości tych ludzi. Twarze przewijały mu się przed oczami, ale nie wydawały mu się znajome. Jednak byli tam, stali, płakali i śpiewali. Musieli być w takim razie jakoś związani z nim, na pewno istniało jakieś powiązanie. Chociażby zapomniane więzy krwi, cokolwiek. Zauważył w tłumie swoich rodziców. Nie wyróżniali się od reszty, ubrani w czerń, okazywali smutek po stracie syna.


FRANK ANTHONY IERO

1984 – 2002

WE WILL ALWAYS LOVE YOU


    – Zawsze mogło być gorzej.

Frank starł wodę płynącą mu po twarzy.

    – Halo, mówię do ciebie!

Odwrócił się zdziwiony. Stała przed nim boso dziewczyna w białej sukience na ramiączkach. Włosy miała ścięte na skromnego boba, a oczy ciemnobrązowe, puste. Cała skóra w odcieniu przypominała chorobliwą biel. Mimo padającego deszczu była sucha. Widząc, jak Frank zastygł w bezruchu, jej lekki uśmiech przemienił się w kwaśne zniecierpliwienie.

    – Dobrze. Widzę, że zareagowałeś, a więc nie jesteś głuchy. Chociaż tyle. Na tym cmentarzu ludzie strasznie szybko odchodzą w stronę światła. Jestem tu praktycznie sama i tylko z jakimiś starymi dziadkami. Chciałam zatrzymać ze mną jakieś dziecko, choć jedno, ale one są zbyt – splotła w zdegustowaniu ręce na piersiach. – niewinne. Ich dusze od razu wędrują do nieba.

Brunet zamrugał kilkukrotnie. Miał wrażenie, że to zjawa.

    – Przepraszam, ale... o czym ty mówisz?

Dziewczyna zastygła i obdarzyła go przeszywającym spojrzeniem. Frank przełknął ślinę. Czuł się nagle dziwnie wyeksponowany.

    – Nie no bez jaj. Nie mów mi, że nie wiesz?

    – O czym?

Uśmiechnęła się tajemniczo.

    – Czyżbyś nie zauważył, że nie żyjesz? Myśli, że co? Że jak stałeś w kościele obok swojej mamy i taty, i lampiłeś się jak kretyn w trumnę, to by cię nie zauważyli?

    – Skąd o tym wiesz? – chłopak wsadził ręce do kieszeni i zadrżał. Deszcz spływał mu po plecach jak ze stoków wodospadu. – Skąd wiesz, gdzie byłem?

    – Och, proszę cię! Jesteś martwy, a ja potrzebuję towarzystwa. Czasami trzeba trochę poszpiegować. – w jej brązowych oczach błysnęło rozbawienie. – Poza tym ostatnio stałeś się bardzo sławny. Gazety nie zostawiają na tobie suchej nitki. Ale to dobrze.

    – Dobrze? Co masz na myśli? I jak to stałem się sławny?

    – Klasyczna utrata wspomnień. – cmoknęła. – Żółtodziób. Niech będzie, powiem ci, co mam na myśli. W wiadomościach aż wrze o tym, jak pewien osiemnastoletni chłopak został znaleziony niedawno martwy na torach. Pociąg zrobił z ciebie niezłe puzzle, muszę to przyznać.

Frank zastygnął w szoku. Zginął pod kołami pociągu? Ale to przecież niemożliwe.

    – Byłeś do nich przywiązany, co wskazuje na to, że raczej z własnej woli się na nich nie położyłeś. Policja stara się znaleźć morderców, ale raczej im się to nie uda, bo deszcz zmył wszystkie ślady, jakie mogliby zostawić. Fajnie, co?

    – Fajnie? Ja nic takiego, do cholery, nie pamiętam! Ja jeszcze jakiś tydzień temu byłem żywy, jak mogłaś coś takiego powiedzieć?!

    – Wybacz, ale sama od dawna jestem trupem. Bardzo mi przykro, za brak okazania należnego ci współczucia. – odparła chłodno.

Grabarz docisnął płyty i otarł twarz w kamizelkę. Trumna została pogrzebana, a zebrani ludzie na cmentarzu powoli zaczynali odchodzić w stronę bramy oraz bocznych wyjść. Przy grobie zostali jedynie najbliżsi i rodzice. Frank zaszczękał zębami i zmieszany wymamrotał pod nosem przeprosiny, które dziewczyna z uśmiechem wyższości chętnie przyjęła.

    – Jak masz na imię?

    – No doprawdy, szybki jesteś. – zaśmiała się złośliwie. – Ale to nic, popracujemy nad tym. Jestem Jamia, miło mi cię poznać.

    – Cóż... wzajemnie.

    – Otóż to. – kiwnęła z uznaniem głową, po czym odwróciła się na pięcie i machnęła na Franka dłonią. – Choć za mną.

    – A dokąd idziemy?

    – W miejsce, gdzie zginąłeś. Komu jak komu, ale tobie wypadałoby zerknąć.

    – Nie jestem tego wcale taki pewien... – wymamrotał, spoglądając na udających się do wyjścia rodziców. 

    – Daj spokój! Będzie fajnie, obiecuję. Poza tym – Jamia podeszła do niego i spojrzała mu z bliska w oczy. – chyba chcesz z powrotem coś o sobie przypomnieć, co? Mam rację?

Frank wytrzymał jej spojrzenie. Widział, że miała rację, a choć jej nie znał, miał zamiar dowiedzieć się kim jest. Tyczyło się to i Jamii, i jego. Czuł jednak, że w tej zmarłej dziewczynie kryło się coś niepokojącego. To go martwiło. Jednak zamiast tego jedynie odchrząknął i zapytał:

    – A zdradzisz, dlaczego na tobie nie siada żadna kropla, gdy ja z kolei czuję już, jak powoli zbiera mi się woda w butach?

Jamia uśmiechnęła się szeroko. Jej białe zęby niemal zabłysły, kiedy stojąca przy nich lampa niespodziewanie się zapaliła.

    – Choć ze mną, a dowiesz się wszystkiego.

__________________________________


Witam! :D Technicznie to miało być kolejne opowiadanie albo short story, ale praktycznie chyba jednak zostanie shot z cliffhangerem, ponieważ większość z Was, co czyta moje wypociny, dobrze wie, jak bardzo mi się pali do kończenia własnych historii. Niestety, nie jest to wielki powrót, co już wspomniałam w najnowszych ogłoszeniach... chyba jedynie zdmuchnęłam trochę kurzu z bloga. Mam nadzieję, że się Wam podobało i do następnego! ;)

14 czerwca 2015

WELCOME TO NYC! (cz. 4) – Flash się dzieje

    – Ty pieprzony pomidorze! – wściekły Flash biegnął w moim kierunku z uniesioną pięścią.

Kiedy już myślałam, że po prostu mnie staranuje, Peter znalazł się przede mną z podniesionymi w obronnym geście rękami. Jedyne co aktualnie widziałam, to jego plecy, a konkretnie oliwkową kurtkę. Jemu chyba naprawdę niezbyt podobał się świat, skoro narażał się temu kretynowi.

    – Ło, ło, ło! Flash, zwolnij! Jaki masz problem?

    – Spieprzaj z drogi, Parker! Pomidor jest mi winien porządny wpierdol!

Powoli wyjrzałam zza pleców Petera i uniosłam z niedowierzaniem brew na Thompsona.

    – Ja tobie? Przepraszam bardzo, ale nie przypominam sobie, żebyśmy ustalali jakiś grafik.

Momentalnie wyrwał się do przodu, próbując podejść bliżej, ale Peter go nie przepuścił. Brunet niestety cofnął się o kilka kroków, a kiedy wpadł na mnie i usłyszał jak syknęłam z bólu, szybko złapał Flasha za ramiona, po czym odepchnął go. Chłopak zatoczył się do tyłu, co przyjęłam do wiadomości z otwartymi ustami i mimowolnie spojrzałam na Petera. On naprawdę ma w sobie tyle siły?

    – Nie wiem, co zaszło między wami, ale Flash zostaw ją w spokoju. – jego głos był bardzo opanowany i stanowczy. Jakby nagle wyłączył się Peter, a w jego miejsce wskoczył Peter-Terminator. Niepokojące...

Na moje nieszczęście Thompson musiał go nie posłuchać. Kiedy tylko się pozbierał, podbiegł w naszą stronę i zamachnął się jeszcze raz. Peter zrobił unik... No tak, a ja? Poczułam, jak pięść Flasha spotkała się z moim lewym policzkiem, po czym przez siłę uderzenia zmiotło mnie z nóg, a tył głowy ostro zmierzył się w walce z brudną podłogą. Przegrał i zapadła ciemność.


× × ×


Obudziłam się, leżąc na kozetce u pielęgniarki. I nie wiem już, co mnie bardziej bolało – głową, czy lewa połowa mojej twarzy. Peter siedział na krześle i przyglądał mi się ze zmartwioną miną. Nie wiem, w co on się tak wpatruje, bo po prawym prostym raczej dużo do oglądania nie ma. Po chwili podeszła do nas pielęgniarka i zbadała mnie od stóp do głów, świecąc na dodatek po oczach, co tylko jeszcze bardziej spotęgowało ból głowy. Niestety na prośbę dania mi chociażby Ibupromu (oni coś takiego w ogóle tutaj mają?) odparła, że nie może, bo do szpitala muszę pojechać na świeżo.

Szpital? Cudownie. Ciocia mnie zabije, a dlaczego? Ponieważ najbliższa placówka medyczna znajduje się od szkoły w promieniu kilku kilometrów, a jego ordynatorem jest właśnie ciocia Helen. Miodzio. Czy ktoś byłby łaskaw podać mi pistolet?

    – Jak się czujesz? – z czekoladowych tęczówek Petera aż emitowały nadmiary troski. Nadmiary, w odniesieniu do czasu naszej znajomości, jakim są niecałe trzy godziny.

    – Niech pomyślę... Ała? – spojrzałam na niego wymownie. – Dostałam w twarz od Flasha, jak mogę się czuć?

    – Obolała?

    – Tak, Peter... Obolała.

I po raz trzeci, cisza. Głowa pulsowała mi tak, że nie mogłam już wytrzymać. Z jękiem bólu przekręciłam się z pleców na lewy bok, żeby czołem móc oprzeć się o chłodną ścianę. Ciutkę lepiej.

    – Nie wywalili mnie, prawda? – zapytałam. To ostatnia rzecz, którą pragnę osiągnąć w moim pierwszym dniu szkoły.

    – Właściwie to... tak. Wywalili.

    – Co?! – obróciłam się tak, żeby widzieć twarz Petera. Gdy jednak zobaczyłam na niej rozbawienie, warknęłam głośno i walnęłam go łydką w ramię. – Peter! To nie było zabawne! Wiesz, jak się przestraszyłam?!

    – Wiem, przecież widzę. – odparł, śmiejąc się.

Nagle przybrał poważny wyraz twarzy. Teraz to już się naprawdę zaczynam bać.

    – Ale tak na serio, to nie wiem. Dyrektor wezwał naszych opiekunów, więc niedługo wszystko się okaże. Niestety, jako że jesteś spoza naszego kraju, możesz się spodziewać naprawdę najgorszych scenariuszy. W końcu faworyzowanie rodaków działa jak należy.

Poczułam, że zaczynają zbierać mi się łzy w oczach. Ja nie mogę wracać do domu! To miały być naprawdę miło spędzone trzy lata mojego życia, a okazuje się, że mogą się zakończyć już w ich pierwszym dniu. Peter widział, jaka jestem roztrzęsiona i kiedy przysunął się do mnie, żeby coś powiedzieć... Drzwi wejściowe z hukiem odbiły się od ściany.

    – Gdzie ona jest?

    – Cześć, Paulina. – odparłam słabo, machając jej dłonią na powitanie.

Brunetka podbiegła szybko do mnie, nie dbając o zamknięcie drzwi. W to pobawiła się ze wściekłą miną pielęgniarka. Paulina kucnęła przy kozetce ze zmartwioną miną.

    – Trzymasz się jakoś?

    – Jakoś na pewno.

    – Co tam się w ogóle stało? Byłam w trakcie drugiego P.E., gdy nagle jakiś debil wbiegł na sale i zaczął krzyczeć, że Flash się z kimś bije.

    – Przecież napisałaś, że masz z nim P.E.

    – Wiem, ale zniknął z sali podczas przerwy. Teraz przynajmniej wiem, gdzie. Opowiadaj.

Peter ustąpił jej swoje krzesło, a sam poszedł po kolejne, które stało w rogu salki. Gdy przyszedł i usiadł na nim, wsadził dłonie do kieszeni, po czym posłał mi słaby uśmiech. Widać było już na pierwszy rzut oka, że był spięty. Czy Paulina naprawdę potrafiła wprowadzić aż tyle grozy?

    – Ogółem to... – zaczęłam, przymykając oczy. Za dużo jasnego światła, głowa boli. – ...Peter dalej oprowadzał mnie po szkole, gdy nagle znikąd wylazł Flash. Gość był natarczywy, mówił, że jestem mu winna wpierdol. Peter stanął w mojej obronie, ale kiedy Thompson się zamachnął, ten zrobił unik, no i ja oberwałam. Koniec pieśni.

    – Ty jesteś Peter?

Otwarłam prawe oko, żeby zobaczyć co się dzieje. Paulina patrzyła wyczekująco na bruneta, który skulił się jeszcze bardziej w sobie, ale mimo to i tak pokiwał dla potwierdzenia głową. Jeju, zachowuje się wręcz jak nie on. Gdzie się podziała jego pewność i cięta riposta?

    – Dokładnie to Peter Parker.

    – Super. A więc, Peter, dzięki za pomoc i takie tam, ale... Dlaczego pozwoliłeś, żeby Magda dostała w twarz?! – krzyknęła z oburzeniem. O Boże, zaczyna się.

    – To było przypadkiem!

    – Chcesz mi powiedzieć, że przypadkiem nie da się rozpoznać połowy jej twarzy?!

Że co?

    – Myślałem, że zrobi unik. Nie wiedziałem, że nie zauważy dwu metrowego faceta, lecącego z pięścią prosto na nią!

    – To przecież Magda, na przyszłość myśl trochę!

Sięgnęłam do kieszeni spodni po mój telefon i powoli obejrzałam w czarnym ekranie moją twarz. Lewy policzek wyglądał jak opuchnięta bania, do tego nienaturalnie duża, choć można było dostrzec kontury powstającego powoli siniaka. Szczęka pulsowała ostrym bólem, a każdy ruch zębami tylko go zwiększał. Oko na szczęście miałam w porządku i nie wyglądało na uszkodzone, a przynajmniej tyle mogłam powiedzieć po marnym odbiciu w telefonie. Przesunęłam go trochę w dół i zamarłam. Ktoś zdjął mi apaszkę. Bez problemu można było zobaczyć ciemne ślady w kształcie dłoni, po których delikatnie przejechałam palcami. Już nie bolały.

    – Magda?

Paulina patrzyła na mnie z troską. Pocieszająco złapała mnie za rękę i ścisnęła ją lekko. Peter natomiast z opuszczoną głową wpatrywał się w podłogę, ale bez problemu mogłam stwierdzić, że męczy go poczucie winy. Posłałam Paulinie pełne wyrzutu spojrzenie, na co wzruszyła ramionami. No tak, oczywiście, nie jej wina.

    – Wiecie może, kiedy przyjadą nasi rodzice?

    – Zwykle zajmuje im to góra godzinę. – odparł cicho Peter.

    – O! Widzę, że mówisz to z doświadczenia.

    – Paulina!

    – Nie, nie. Ona ma rację. – spojrzał na mnie ze smutnym uśmiechem, który mimowolnie odwzajemniłam. – To nie pierwszy raz.

Po chwili jednak dodał szeptem:

    – Ale za to zawsze w słusznej sprawie.


× × ×


    – Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, że to moja siostrzenica została ZAATAKOWANA przez tego chłopaka, a nie ona go ZAATAKOWAŁA?

Siedziałam na krześle przed biurkiem dyrektora i starałam się jak najlepiej zakryć twarz włosami, żeby tylko nikt nie widział, jak bardzo jestem czerwona ze wstydu. Trzymałam jednocześnie przy policzku paczuszkę zamrożonego żelu, który dostałam od cioci na swoją opuchliznę. Na moje oko siedziałyśmy już tam dobrą godzinę, podczas której moja ciocia wpadła w furię, dowiadując się, że to rodzice Flasha oskarżają mnie o napaść na ich – o, pożal się Boże – kochanego syna. Jedyne co sobie życzyli, to wpływu gotówki na pokrycie kosztów ubezpieczenia. I to nie po tym, jak ja go pobiłam, oj nie... Po tym, że załatwił go Peter, co teraz zostało zwalone na mnie. Dobra robota Thompson, muszę pogratulować ci twojej pizdowatości.

    – Bardzo mi przykro, pani Brodzky. Niestety zeznania naocznych świadków, jak i samego poszkodowanego pana Thompsona świadczą przeciwko pannie Rowen. – niski, starszawy mężczyzna w czarnym garniturze poprawił sobie okulary na nosie.

Moja ciocia zmrużyła niebezpiecznie swoje brązowe oczy. Ze wszystkich cech, które mogła odziedziczyć razem z moją mamą po rodzicach, akurat ta była jak najbardziej wspólna. Jeśli już się wkurwić, to tak, żeby pół narodu poczuło plaskacza na twarzy. Tak poprowadzić swoją armię, żeby żaden wróg nie przeżył.

    – Dobrze, w takim razie mam na koniec jeszcze jedno pytanie, Darius.

    – Panie Visar, pani Brodzky. – poprawił, na co ciocia posłała mu takie spojrzenie, że mimowolnie przełknął głośniej ślinę. Miałam wręcz wrażenie, że wcale się nie ruszyłam z Polski, a obok na krześle siedzi moja mama.

    – Moje pytanie, Darius. Czy ty naprawdę wierzysz, w to, co te dzieciaki mówią? Czy naprawdę jesteś na tyle niekompetentny w swojej głupocie, aby przyjąć ich zeznania bez żadnej głębszej analizy? Kogo jak kogo, ale myślałam, że ciebie nigdy nie będą w stanie w to wciągnąć.

Ciocia wstała powoli ze swojego miejsca, poprawiła granatową spódnicę, włosy i położenie torebki w zagięciu ramienia.

    – Magda, wychodzimy. – mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać. W mniej niż kilka sekund stałam przy drzwiach.

    – Pani Brodzky...

    – Powiedziałam, że wychodzimy!

Dyrektor momentalnie ucichł, a stróżka potu spłynęła mu po prawej skroni. Milusio, powinnam zrobić mu teraz zdjęcie. Wygląda, jakby to on był na dywaniku, a nie ja. Ciocia otworzyła drzwi, po czym gestem pokazała, żebym to ja wyszła pierwsza.

    – A teraz, Darius mówię do zobaczenia i lepiej dla ciebie, żeby było ono odroczone daleko w czasie. Chyba, że jednak postanowisz dla odmiany pomyśleć i zmienić zdanie, co do winy mojej siostrzenicy.

Akurat zdążyłam odwrócić się, aby przez domykające się za ciocią drzwi ujrzeć minę pana Visara. Wyglądał, jakby właśnie cudem uniknął ścięcia na głównym rynku. Technicznie rzecz biorąc można powiedzieć, że mu się udało.

    – Och, litości. – ciocia złapała się palcami za nasadę nosa. – Trzeba było słuchać mojej mamy, kiedy jeszcze miałam okazję.

    – Jakieś złote myśli, ciociu?

    – Tak, a właściwie to jedna, którą powtarzała mi odkąd skończyłam podstawówkę: Lepiej siedzieć cicho i babrać się w kupie, niż żyć ze świadomością, że twój ex jest jak wrzód na dupie.

Zaczęłam się histerycznie śmiać, jednocześnie zapisując sobie w głowie tę krótką rymowankę. Tekst na całe życie. Ale nagle wszystko poskładało się w jedną całość i zdębiałam.

    – No nieee... Tylko nie mów ciociu, że dyrektor to twój były.

    – Nie tak głośno. W dzisiejszych czasach nie łatwo znaleźć tak dobrze płatną pracę, jaką mam teraz. A jeśli ktoś się dowie o tym rozdziale mojego życia, raczej mało prawdopodobne, że będzie chciał mnie zatrudnić.

    – Oj, ciociu. Twoje pozytywne myślenie jest po prostu zabójcze.

    – Jak zawsze Madziu, jak zawsze. 

_______________________________________________

Po długiej przerwie kolejny rozdział. Niedługo zakończenie roku szkolnego, dlatego już przedwcześnie życzę wszystkim idealnych, ciepłych i przyjemnych wakacji C:

7 marca 2015

WELCOME TO NYC! (cz. 3) – Powiedz „SER”

Peter odprowadził mnie na botanikę i bez zbędnych pożegnań pobiegł na swoją lekcję. Albo i nie. Może na wagary, w końcu nie jestem wróżką.

Przecisnęłam się przez idących z naprzeciwka ludzi, dzięki czemu dostałam się do nowych kolegów, stojących już pod salą. Na palcach obracałam się we wszystkie strony, próbując znaleźć Paulinę. Kiedy jednak mi się to nie udało, wyjęłam z kieszeni telefon i zaczęłam pisać SMS.

    „Gdzie ty, do cholery, jesteś?”

Po chwili dostałam od niej odpowiedź:

    „Mam teraz P.E., więc to raczej ja cię pytam – gdzie TY jesteś?”

    „Przed salą 27.”

    „Aha. Może tak konkretniej?”

    „Botanika! D:< Poza tym, ty chyba i tak nie masz jej w planie...”

    „Ale wolę być świadoma, gdzie jesteś i gdzie się podziewasz, żebym potem wiedziała, w których potencjalnych miejscach mam cię szukać.”

    „Sugerujesz mi, że się zgubię?”

    „Ja nic nie sugeruję. Ja to po prostu wiem.”

Parsknęłam śmiechem i pokiwałam głową. Tu ma akurat rację – ja się nawet w hipermarkecie potrafię zgubić. Dostałam jeszcze jedną wiadomość, ale nie zdążyłam jej już odczytać, bo zadzwonił dzwonek, a poza tym przez ujawniający się stres nie miałam ochoty. Złapałam dłonią za ramię od plecaka i ścisnęłam je mocno, stając pod ścianą. Popatrzyłam na twarze osób, prawdopodobnie mających stać się w przyszłości reprezentacją klasy, do której teraz należę... Nikogo nie rozpoznałam, ale to nie powinno stanowić dla mnie większego zdziwienia. To ja jestem niemal z drugiego końca świata, nie oni.

Nagle podeszła do nas jakaś szczupła kobieta, z dziennikiem pod pachą i intensywnie bordowych włosach. No tak, ten kolor już nie jest taki szokujący?

    – Już, już otwieram. – wpuściła nas z uśmiechem do sali. – Proszę, wchodźcie i zajmijcie miejsca. Pamiętajcie tylko, że potem nie będziecie mogli ich zmienić. Są na stałe.

Poszukiwania wolnego miejsca na tyłach zakończyły się druzgocącą porażką. Na szczęście krzesła na środku pozostały wolne. Dzięki temu chwilę później jedno zostało przygarnięte przeze mnie, a drugie przez moją nową koleżankę, Ellie Bennet. Dziewczyna z kolei odznaczała się niezwykle długimi blond włosami, nie wspominając już o tym, że jej nazwisko przywodziło mi na myśl nasz polski beret. Ta szkoła zapowiada się naprawdę ciekawie.

Całą lekcję spędziliśmy na – niechętnym z naszej strony – zapoznawaniu się z tegorocznym materiałem oraz omawianiem regulaminu pracowni. Miałam chociaż tyle szczęścia, że pani Usher postanowiła nie zgłębiać tajników mojego pochodzenia. Wolę nie wiedzieć, o co mogliby zacząć mnie wszyscy pytać. Tuż przed końcem lekcji, która trwała aż okrutne 50 minut, nauczycielka dała nam chwilę wolnego, co oczywiście przyczyniło się do poznawania osób w klasie.

    – Nie jesteś stąd, prawda? – zapytała Ellie, bawiąc się ołówkiem.

    – A dlaczego tak sądzisz?

    – Bo właśnie to potwierdziłaś. – odparła, przez co zaśmiałam się.

    – Punkt dla ciebie, Watsonie. Jakieś konkretne pytania?

    – Tak, jedno. – zamyśliła się. – A teraz to nawet dwa.

    – Wal.

    – Czy lubisz ser?

Zatkało mnie, a oczy miałam z pewnością wielkości mandarynek. Ze wszystkich pytań, jakie przewidziałam, takiego się akurat nie spodziewałam.

    – A jak powiem, że lubię? – uśmiechnęła się szeroko.

    – To odpowiem, że ja też i to Gorgonzolę.

    – Ooo, niam! – nie mam pojęcia, o który jej chodzi. – Trzeba się kiedyś razem wybrać na pizzę. Aż zgłodniałam.

    – A wiesz, że bardzo chętnie?

    – Wiem, wiem. Eee... przypomnisz mi, kiedy zapomnę, o czym mam pamiętać?

Zaczęła się śmiać, na co poczułam jak policzki zaczynają mnie piec. Nie moja wina, że mój mózg popełnia seppuku co kilka godzin i po jakimś czasie nie wiem, co autor miał wcześniej na myśli.

    – A jakie było to drugie pytanie?

    – Czemu Watson, a nie Sherlock?

    – Bo od Sherlocków... – specjalnie przedłużyłam moment oczekiwania. – ...jestem ja!

Tym razem już się obie śmiałyśmy, a Ellie klepnęła mnie po ramieniu.

    – No dobrze, ta posada jest twoja. Oficjalnie ci ją ustępuję.

Dzwonek zadzwonił dosyć niespodziewanie, dlatego razem z Ellie poderwałyśmy się zdziwione z siedzeń i wciąż rozmawiając, zaczęłyśmy się pakować. W dodatku okazało się, że była bardzo zaskoczona poziomem mojego angielskiego. Cóż, nie ona jedna. Egzaminator, który miał zadecydować o moim uczęszczaniu do tego liceum, również z lekka wydawał się być wmurowany w podłogę. Więc – jak widać – cała przyjemność po mojej stronie. Ellie pożegnała się ze mną, ponieważ musiała iść na swoje zajęcia z historii nowożytnej. Mother of God, kto normalny wybiera sobie taki przedmiot?

Wyjęłam telefon z zamiarem napisania do cioci, o której godzinie kończę lekcje, ale wtedy zobaczyłam treść zaległej wiadomości od Pauliny i wmurowało mnie w podłogę.

    „Puk, puk – mam P.E. z Flashem.”

Odpisałam Paulinie z prędkością światła.

    „Chyba sobie jaja ze mnie robisz! Błagam, no! Powiedz, że żartujesz!”

    – Nope, ona nie żartuje. Nasz klasa ma z jej grupą P.E.

Już dawno nie piszczałam. Naprawdę, rzadko mi się to zdarza, ale w tym momencie wydałam z siebie taki dziki, falsetowy okrzyk, że aż kilka osób odwróciło się w moją stronę z głupimi wyrazami twarzy. Za to Peter – tak, PETER – zaczął się maniakalnie śmiać.

    – Gdybyś tylko... – otarł łzę. – ...widziała swoją minę!

    – Parker, ty... Ty, ty głupku! – aż mną trząsło z przerażenia.

Miałam ochotę czymś w niego rzucić. Naprawdę. Niestety, ale jedyną rzeczą, którą trzymałam w dłoni, był mój telefon. Niezbyt trafny dobór amunicji, przyznaję się i to bez bicia. Bez bicia przynajmniej w tej chwili. Limit został przekroczony i to o całe podduszanie w autobusie przez Flasha. Jak na moje oko na dziś starczy.

Peter spojrzał na mnie ze skruchą, ale w jego czekoladowych tęczówkach widać było jak na dłoni rozbawienie.

    – Wybacz.

    – Nie wybaczam. – zrobił smutną minkę. – No dobrze, zastanowię się. Mogę wiedzieć, co ty tu robisz?

Rozejrzał się na boki. Ręce znowu trzymał w kieszeniach. Może to jakiś tik nerwowy?

    – Uczę się?

    – Cóż... Dobrze, że chociaż w tym się zgadzamy. Nie o to mi chodziło. Pytam, dlaczego stoisz obok mnie i rozmawiasz ze mną?

Zawstydzony zaczął nagle pocierać dłonią kark.

    – No... No, no miałem cię oprowadzić, prawda? Nie pykło, więc może... może teraz będziesz chciała... – uśmiechnął się do mnie nieporadnie, na co uniosłam pytająco brwi. – ...być oprowadzona? Nooo, i co ty na to?

Przewróciłam z rozbawieniem oczami, po czym uśmiechnęłam się lekko.

    – Okej, prowadź.

Z wyrazem wymownej ulgi poczekał, aż schowałam telefon do kieszeni, po czym zaczęliśmy powoli iść korytarzem. Peter wskazywał palcem na wszystkie sale, mówił co znajduje się za drzwiami, kto uczy danego przedmiotu, jakim nauczycielem jest w obejściu oraz oczywiście, jak i w których miejscach najlepiej ściągać na lekcjach. W tym czasie również zadawał mi pytania odnośnie Polski, z kim przyjechałam i na ile zamierzam zostać. O, czyżby już miał mnie dość?

    – A tutaj jest sekretariat. Tam chodzisz tylko wtedy, gdy...

    – Uwierz mi. – przerwałam mu ze zgrozą w głosie. – Razem z Pauliną znamy to miejsce już za dobrze i nie zamierzamy tam prędko wracać.

    – Czyżbyście poznały pannę Świnkę? – zaskoczona, parsknęłam śmiechem.

    – Kogo?

    – Pannę Świnkę, tutejszą gwiazdę estrady. Rządzi się, a gówno tak naprawdę potrafi. A, i nie proś ją nigdy o pomoc, bo będzie z tego dla ciebie więcej szkody niż pożytku.

    – Dzięki za info. Będę musiała przekazać Paulinie.

Między nami – jak też zdażyło się to godzinę wcześniej – zapadła cisza. Głównie podziwiałam sobie w tym czasie podłogę, szafki uczniowskie oraz efektownie unikałam spojrzeń osób trzecich. Im takich mniej, tym lepiej. Peter za to przeglądał coś na telefonie i mamrotał pod nosem zapewne różne dziwne rzeczy, które zagłuszała akurat piosenka P!nk – Funhouse. Tak bardzo... klimatycznie.

    – A teraz pytanie dnia! – Parker z braku laku, nagle wyskoczył przede mnie i złapał za ramiona. Poczułam jak jego telefon zaczyna wbijać mi się w lewy bark. To powinno być karalne. – Jak się pisze cheese?

Spojrzałam na niego jak na idiotę. Co oni dzisiaj wszyscy mają z tym serem?

    – Ty tak na poważnie?

    – No raczej.

    – Czekaj, niech pomyślę...

Teraz on spojrzał na mnie jak na idiotkę.

    – Ty tak na poważnie? – przedrzeźnił mnie.

    – Cicho... – zagroziłam mu palcem przed twarzą, na co szeroko się uśmiechnął. Nie no, zaraz nie wyczymię! – Cheese... C-H-E-E-S-E?

I ni z tego ni z owego, Peter zrobił mi zdjęcie, gdy tylko przeliterowałam słowo.

    – Aha, dzięki.

I poszliśmy dalej. Nie skomentowałam tego, bo naprawdę nie miałam już do niego cierpliwości. Dostał za to ode mnie w czereb, gdy tylko nadażyła się ku temu okazja.

    – Eee... – bardzo konkretne rozpoczęcie rozmowy.

    – Co?

Wskazałam na jego telefon.

    – No, nie zapiszesz tego?

    – A po co? – zapytał zaskoczony.

    – No przecież pytałeś mnie, jak się to pisze. Strzelam, więc, że chyba było ci to do czegoś potrzebne, prawda?

    – E-e.

    – Co e-e?

    – Przecież każdy wie jak się to pisze. – odparł, po czym na jego usta wkroczył rozbrajający uśmiech. O nie, zaczyna się. – Ja tylko sprawdzałem, czy jeszcze myślisz. No i chciałem zrobić ci zdjęcie.

Objęłam dłonią czoło.

    – Boże, daj mi siłę... – jego śmiech tylko jeszcze bardziej mnie dobił.

    – Hej, Parker!

Oboje spojrzeliśmy za siebie: Peter z ze zdziwieniem, a ja natomiast... z przerażeniem. Przez korytarz i ludzi przedzierał się w naszą stronę Flash. Z początku na jego twarzy widniało coś – o dziwo – na kształt uśmiechu, ale gdy tylko mnie zobaczył, zaraz przemieniło się to w istną furię. Teraz już nie przeciskał się między ludźmi, tylko brał ich z bara, przez co jeden chłopak upadł na podłogę. Peter zmarszczył brwi i z lekkim zawahaniem spojrzał znów na mnie.

Ja w tym czasie wycofałam się o kilka kroków, instynktownie łapiąc w palce pożyczoną od Pauliny apaszkę. Bałam się cholernie, czułam jak drżą mi dłonie i chyba z tego wszystkiego najgorsze już było tylko to, że Peter widział mnie w takim stanie. Kiedy Thompson przebił się do nas, a ludzie zauważyli, że coś się dzieje, rozstąpili się jak Morze Czerwone.

Banda kretynów, jeden gorszy od drugiego. 

___________________________________

A zatem zawitał kojeny rozdział. Mam nadzieję, że się spodobał. Akcja rozwija się mozolnie i na razie nie ma zbytnio żadnych konkretów, ale... cóż, tak właśnie wygląda pisanie ironixsmile. Do następnego ;)

24 stycznia 2015

WELCOME TO NYC! (cz. 2) – Nędzne początki

    – Proszę, dziewczynki. – sekretarka podała nam po dwie kartki. – To są wasze plany lekcji oraz mapki szkoły. Do tego dostaniecie jeszcze karteczki z szyframi. Nie zgubcie ich, ponieważ to jedyne kopie kombinacji do waszych szafek. Jeśli coś się wydarzy, drugi szyfr może wydać dopiero dyrektor.

Sekretarka wybiła jakieś dane do komputera, mamrocząc coś pod nosem. Popatrzyłyśmy z Pauliną na siebie. Kiedy szłyśmy do szkoły, dostałam od niej jaskrawopomarańczową apaszkę, którą owinęłam sobie wokół szyi. Gdy weszłyśmy do sekretariatu, kobieta długo nie spuszczała ze mnie swojego wzroku, ale nic nie powiedziała. Niech lepiej zacznie od siebie i swojego różowego kostiumu, a mnie w tym czasie proszę zostawić w spokoju.

    – Za chwilę ktoś po was przyjdzie i oprowadzi po naszym przybytku. Wyjdzcie na korytarz i tam poczekajcie.

    – Aha, do widzenia. – czym prędzej stamtąd wyszłam i zamrugałam kilka razy powiekami. Moje biedne oczy, jeszcze różowe plamki widzę!

Paulina wyszła za mną i głośno trzasnęła drzwiami. Po jej minie widać było, że też już miała dość.

    – No wiesz, co? Jak mogłaś się nie pożegnać? – wytknęłam jej urażonym tonem. Spojrzała na mnie spode łba.

    – Leci mi tu F-16 i strzela do ludzi?

Zaczęłam się śmiać, co oczywiście poskutkowało jakimś pięciominutowym kaszlem. Pieprzony Flash i jego brak myślenia. Paulina poklepała mnie po plecach.

    – Spokojnie, oddychaj.

    – Staram się...

    – Coś chyba jednak nie bardzo. – przedrzeźniłam ją wrednie, za co poczułam, jak czyjś palec wbił mi się między żebra.

    – Ała! – rzuciłam jej zbolałe spojrzenie, na co uśmiechnęła się niewinnie. Istny diabeł, nie człowiek.

Jakaś wysoka blodynka z grzywką, w modnych ubraniach i kozakach podeszła do nas. W dłoniach, opartych na swoich udach, trzymała książkę – prawdopodobnie – od fizyki, sądząc po planetach na czarnym tle. A może, jednak była to astronomia?

    – Paulina Seliac i Magda Rowen?

    – Nom.

    – Jestem Gwen Stacy i będę was oprowadzać. – przywitała się z szerokim uśmiechem. Chociaż ona ma jakiś powód do szczęścia. – No, idziemy!

Zaczęłyśmy powoli kroczyć w głąb korytarza. Zanim jednak zdążyłyśmy chociaż przejść z 5 metrów, z sekretariatu wyskoczyła kobieta w różu.

    – Panno Stacy! – dziewczyna spojrzała na nią pytająco. – Pamiętasz, że masz oprowadzić tylko jedną dziewczynę?

    – Naprawdę? – po minie Gwen widać było, że pierwszy raz o czymś takim słyszy. Wcale jej się nie dziwię. Sekretarka uśmiechnęła się słodko.

    – Ależ oczywiście. Pan Parker oprowadzi pannę Rowen.

Uraczyłam tę kobietę takim spojrzeniem, że powinna paść trupem na miejscu albo chociażby na kolana i błagać mnie o wybaczenie. Dlaczego ja? Dlaczego chłopak? I dlaczego jego nazwisko brzmi jak znana firma przyborów do pisania?

    – Ech... Okay. Idzcie, ja tu poczekam. – odparłam zrezygnowana z machnięciem ręki. Sekretarka pokiwała z wyższością głową, za to Paulina wyglądała, jakby zaraz miała pęknąć ze śmiechu.

Gwen uśmiechnęła się do mnie z wymownymi przeprosinami i zaczęła powoli iść dalej z Pauliną. Ona chociaż pomachała mi na pożegnanie, a już się bałam, że zapomni. Zdążyła do tego w przeciągu minuty wkręcić Pannę Oprowadzaczkę w rozmowę. Zostałam sama. Świętnie, miło mi.


× × ×


Kiedy przyszłyśmy do szkoły była godzina 8:10. Miałyśmy obie jakieś czterdzieści minut na obejście całej szkoły. Ja w tym czasie za to jak ten debil siedziałam na krześle przed sekretariatem i czekałam... No właśnie, na co? Podobno na pana Parkera. Za to ja miałam wrażenie, że na sąd ostateczny. Cóż, jeśli Flash by mnie jakimś cudem znalazł, to wtedy moje czekanie dobiegłoby końca. Rychłego i okrutnego końca. A wiem, że tu uczęszcza, bo autobus którym jechałyśmy, zatrzymuje się tylko przy naszej szkole.

Spojrzałam znowu na ekran telefonu: 8:43. Jeśli za chwilę ten cały Parker nie przyjdzie, to po prostu wstanę i wyjdę. Chociaż nie, tego zrobić niestety nie mogę. Ciocia nie dałaby mi żyć. W takim razie złapę za mapę i wyruszę na poszukiwania sali 27, czyli od botaniki. Podniosłam głowę i rozejrzałam się po korytarzu. Jako, że trwały jeszcze lekcje był pusty.

A w rogu stał... automat z napojami!

Poderwałam się z siedzenia z prędkością światła i w mgnieniu oka stanęłam przed urządzeniem, grzebiąc w kieszeniach w poszukiwaniu drobnych. Jak ja kocham moją ciocię oraz jej kasę na drugie śniadanie! Szybko wrzuciłam monety do środka i wybrałam gorącą czekoladę. Była również do wyboru latte, ale nie chcę nawet wiedzieć, w jakim stanie zostałaby ona wypluta. Zerknęłam przez ramię na gabinet sekretarki. Kobieta udawała, że pisze coś na kartce, ale tak naprawdę patrzyła prosto na mnie. To jest z lekka... przerażające?

Oblizując usta, wyjęłam plastikowy kubeczek z podajnika i chuchając na zawartość, powoli się odwróciłam.

    – Jezus Maria! – czekolada wyślizgnęła mi się z palców, gdy po odwróceniu się, w moim polu widzenia znalazł się jakiś wysoki brunet. Żeby nie było: nie mam nic przeciwko takim nagłym spotkaniom trzeciego stopnia, ale nie, gdy ten ktoś stoi jakieś kilkanaście centymetrów za mną!

Chłopak momentalnie pochylił się i złapał w locie kubek. Uniósł go niespiesznie w górę i z lekkim uśmiechem podał mi go. Moja mina w tym momencie musiała przypominać coś w rodzaju pyszczka wiewiórki potraktowanej taserem.

    – Proszę, to chyba twoje.

Powoli wzięłam od niego kubek i jakby nie mogąc w to uwierzyć, zerknęłam do środka... Nic się nie wylało, nawet kropelka.

    – Jak ty to... Jak ty to zrobiłeś?

    – No wiesz... – zaśmiał się nerwowo i potarł dłonią kark. – Trochę praktyki i dobrego refleksu.

    – I przy okazji efektywnego wystraszenia na śmierć. – dodałam kwaśno.

    – Udało mi się? Naprawdę? Dziękuję, dziękuję. – ukłonił się nisko. – Autografy rozdaję tylko w piątki, a datki... Datki mogę zbierać w środy, czemu nie?

Spojrzałam na niego jak na idiotę. Po chwili, jednak stwierdziłam, że również mogę zagrać w tę grę. Z szerokim uśmiechem wyjęłam z kieszeni grosik, złapałam bruneta za rękę i położyłam mu go na wyciągniętej dłoni.

    – Reszty nie trzeba. Tylko nie wydaj na byle co.

Obejrzał monetę ze wszystkich stron.

    – Ale na Piccolo starczy? – parsknęłam śmiechem.

    – No, tak, tak, taaak. Starczy... Na pewno!

W tym momencie temat nagle się urwał, a ja wyjęłam telefon i z westchnieniem spojrzałam na godzinę: 8:47. Jeśli ten Parker zaraz nie przyjdzie... Chwila!

    – Mówiłeś, że jak masz na imię? – spytałam podejrzliwie.

Jego twarz znowu rozświetlił szeroki uśmiech.

    – Dobry czas. Jak wyjdziesz za mąż, to o imię też zapytasz dopiero po ślubie?

    – Nie no, przed. Ktoś przecież musi płacić.

    – Z reguły raczej płaci ojciec panny młodej, prawda?

Oparłam się plecami o ścianę i powoli piłam czekoladę. Zdążyła już trochę wystygnąć. Chłopak natomiast stał przede mną, kołysał kurtką we wszystkie strony, a rozbawienie nie schodziło mu z twarzy. Upiłam jeszcze jeden łyk i zaśmiałam się. Nienawidzę zostawać sama z chłopakami, bo właśnie takie rzeczy się dzieją – zaczynam zachowywać się gorzej niż zwykle. Tak, to wciąż jest możliwe.

    – Aaa, to wtedy już nie ma się po co męczyć.

    – Ojciec sknera?

    – Nie, martwy narzeczony.

Brunet prychnął rozbawiony.

    – Aż tak straszny?

    – Cytując mojego tatusia: Kretynom i niedorozwojom wstęp wzbroniony. – brunet uśmiechnął się nagle w tak dziwnie smutny sposób.

    – Pewnie czarujący z niego człowiek.

    – Nom, żebyś wiedział.

Zapadła niezręczna cisza, podczas której zaczęłam się bawić pustym już kubkiem. Przy okazji wykorzystałam moment, żeby lepiej przyjrzeć się temu dziwnemu osobnikowi, czytaj stojącemu przede mną chłopakowi. Był brunetem z rozwianymi we wszystkie strony włosami, o przyjemnie ciepło czekoladowych oczach. Do tego z pociągłą twarzą, mocno zarysowaną szczęką oraz skórą o słonecznym odcieniu. Ubrany był w granatową koszulkę, na to narzuconą oliwkową kurtkę, czarne jeansy oraz czarne trampki. No i, jak większość osób, był ode mnie wyższy niemal o głowę. Milusio.

    – Peter Parker. – odezwał się nagle.

    – Że co?

    – Tak się nazywam, Peter Parker.

Odbiłam się plecami od ściany.

    – To ty miałeś mnie oprowadzić!

    – Taaak? Jesteś tego pewna?

    – Przestań! – dźgnęłam go palcem w bok. Zaczął się śmiać. – Idziemy? Bo naprawdę nie mamy czasu!

    – Okej, okej! Co chcesz najpierw zobaczyć?

    – Może... – i w tym momencie zabrzmiał dzwonek. Spojrzałam na Petera spode łba, na co wzruszył ramionami z miną w stylu: To nie moja wina! – ...innym razem?

    – Gdzie masz teraz lekcję?

Zerknęłam na plan, który dostałam od tej przerażająco różowej sekretarki.

    – Botanika, sala 27. Daleko to? – popatrzył z zamyśleniem w głąb korytarza, który zdążył już zapełnić się ludźmi. Cudownie.

    – Troooszeczkę? – odparł ze szczerzem. Jak można się tyle uśmiechać? No jak? Przecież to nienormalne!

    – W tą? – wskazałam palcem na wprost. Wzruszył luzacko ramionami.

Zaraz zamorduję!

    – Peter, no!

    – No tak, tak. W tą.

    – Na pewno?

    – Na pewno.

Zaczęliśmy przedzierać się przez tłum uczniów, gdzie oczywiście większość przyglądała się mnie. Kto potrafi zrobić byle sensację kolorem włosów i jaskrawą apaszką? Zaiste, niezwykle trudne pytanie, a jeszcze trudniejsza odpowiedź. Maksymalnie skuliłam się w sobie, a głowę spuściłam w dół. Tak lepiej. W radiu leciała chyba jakaś bardzo popularna piosenka, bo miało się wrażenie, że komuś właśnie psuje się pralka. Powinni przed takim utworem jakoś ostrzegać. Dawać komunikat w stylu: Uwaga! Zaraz nakurwiamy bity prosto z pralki ciotki Hanki! Powinnam przestać myśleć. Naprawdę... To kiedyś zacznie szkodzić otoczeniu.

    – Wiesz, co? – Peter złapał mnie za nadgarstek. Zapomniałam już, że zdążyłam wypruć do przodu bez konsultacji z nim. Ups?

    – Co?

Na ustach pojawił mu się niewinny uśmiech. Aha... Jak ja dobrze znam tę minę. Lata przyjaźni z Pauliną zrobiły swoje.

    – To chyba, jednak nie w tę stronę.

    – Peter, jak babcię kocham, grabisz sobie. Jesteś tego świadom?

    – Tak, tak, tak. Coś już wspominałaś. A teraz chodź, bo się w końcu naprawdę spóźnisz.

    – I zgadnij, czyja to będzie wina?

    – Przecież to ty nas spowalniasz!

____________________________________


Tak i po przerwie wreszcie zawitał rozdział 2. Cieszy mnie, że spodobała Wam się moja koncepcja pisania o świecie Spider-Mana. Oby się to nie zmieniło przez kolejne części moicj wypocin ;)